Kalendarze. Czyli rzecz o miłości do papieru.

Opowiem Wam dziś dlaczego w XXI wieku w mojej torebce znajdziecie kalendarz. Bo w czasach smartfonów, które mogą służyć do wszystkiego i setek dostępnych aplikacji do organizacji czasu ja wracam z radością do kalendarza. Takiego oldschoolowego, papierowego.


Mam ich kilka wersji, jedna wisi na ścianie (mamy tam ogólny plan miesiąca z uwzględnieniem wyjazdów, wycieczek szkolnych itp). Drugi to mój prywatny. Ze zdjęciem na okładce.

Służy mi za plan siania nasionek, które potem w postaci sadzonek wędrują na działkę. Pomaga mi ogarnąć pieczenie chlebów, rok temu pomagał też w pieczeniu ciast. Wiedziałam, które ciacho upiekłam w poprzednią środę i tym sposobem się nie powtarzały:) Kalendarz pomaga mi też rozplanować "przetworowy harmonogram" czyli określić to kiedy, jakich i ile owoców mam kupić. Przy ilościach, które przerabiam to niebywale ważne:) W ubiegłym roku wpadłam na świetny pomysł i zrobiłam sobie naklejki z chlebem, ciastem, słoikami i sadzonkami. Potem w odpowiednie dni wyklejałam sobie swój plan, zamiast pisać. Było szybciej i bardziej kolorowo. Mało tego, kalendarze z poprzednich lat zostają ze mną, mogę więc porównać jak szybko kiełkowały nasiona rok czy dwa lata wcześniej albo kiedy zaczynałam przetwarzanie np. truskawek.

W tym roku wybieram wersję papierową, również z innego powodu. Zachęcona talentem Gosi do kaligrafii, postanowiłam zacząć swoją przygodę z piórem Parallel i obecnie każda kartka jest potencjalnie cenna ze względu na ćwiczenie pisma :)

A telefon - pada mi średnio raz w roku (a już miałam tak, że padał mi trzy razy w ciągu miesiąca). Częściej tracę dane (telefony, zdjęcia) z komórki niż z papierowego kalendarza.

A Wy? Lubicie papier? Czy swoje centrum zarządzania wszechświatem macie w telefonie lub komputerze?










Etykiety: , , ,